Alice in Wonderlandwww. theatergajes.nl
working woman's cafe
"Moje własne paranoje" - kino Gusa Van Santa.


Film ma wiele wspólnego z gotowaniem. Sztuka ze sztuką. Kulinarną rzecz jasna. Jest kilka przepisów na dobry film tak jak na dobrą zupę pomidorową. Mimo to nie ma dwóch takich samych zup pomidorowych, filmów na świecie. Kopiowanie to powielanie. Najważniejszy jest oryginał. Od razu na myśl przychodzi mi jeden z moich ulubionych filmów - "Miasto zaginionych dzieci". Każdy z karzełków chciał być oryginałem. Ale oryginał jest tylko jeden. Reszta to kopia. Od zupy doszliśmy do klonowania. Pan Kant za oknem z Panią Kantową spacerują i oceniają nową elewację naszego domu. Gdybym była kierownikiem tej budowy nie przyjęłabym tej roboty. Trzy miesiące od świtu do zmierzchu grupa panów pracowała nad elewacją. Duża inwestycja. Ale życie utrudnione. Jednak człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja. Nawet do pracowników z młotami. Do kulek styropianu w przedpokoju i w kuchni. A teraz pan z panią o naszych bezdomnych rozmawiają. I tradycyjnie narzekają. Bo mamy tutaj swoich osobistych bezdomnych. Prawdziwe giganty. Oryginały. Trzech panów i pani. Pani pojawia się i znika. Może próbuję wyrwać się z dna ale na dno wraca. Błędne koło się kręci i zbiera swoje żniwo. Ludzie cienie. Jeden z panów na wózku. Stracił nogę w skutek odmrożenia zeszłej zimy. Kalafiory na twarzy - zima to piekło. Ale lato... Najpierw pan mieszkał w śmietniku. Miał dach nad głową. Radio. Stary fotel i materac do spania. I tak dwa lata sobie w tym śmietniku pomieszkiwał. Wstawał rano. Budził go kac. Wyruszał na wózku prosić o "wsparcie", mały datek. Na flachę i fajki. Bułkę. Może coś jeszcze. W ostatnim czasie wyrzucono pana ze śmietnika i założono wredne metalowe drzwi, które zamknięto na klucz. Bez szans na włam. Nic nie można poradzić. Pan strzelał z wiatrówki w okna sąsiadów. No to go wyrzucili za karę i pozbawili dachu. Teraz panowie i pani mieszkają pod chmurką. Obok śmietnika. Materace i worki. Ubrania i wszystko co mają. Oni też leżą jak worki. Mieszkanko pod gołym warszawskim niebem w samym centrum miasta. Czyż to nie piękne...Piękne i smutne. Wolność. Niestety nie. Brak im wolnej woli. Zredukowali się do zwierząt. W ich oczach strach. Olbrzymi lęk. Nie znają filozofii zen. I choć żyją tym co mają, tu i teraz - to nie są szczęśliwi. Współczuję im. Nie da się ich uszczęśliwić na siłę. A sami nie chcą... Zrzucają winę na innych. Bo to przez nich tu są, to oni im wyrządzili krzywdę, oni są wszystkiemu winni...Obłęd.
Pani Kasia zaleciła mi spacery i przebywanie na słońcu. Słońce za oknem widzę i czuję. We wnętrzu panuje znajomy mrok i chłód. Taki urok ma moje wnętrze. Czas zmian zaowocował bezsennością. Trupy powyłaziły z szaf wraz z ubraniami i przedmiotami pakowanymi w pudła. A pudeł było 36. Teraz tu pusto. Miejsca dużo. I jakoś tak obco. Do końca miesiąca ma trwać mój azyl. Odkryłam wiele w tak krótkim czasie. Czasem dobrze jest się spakować do pudeł. Spojrzeć co się posiada, czego nam brakuje a co jest kompletnie bezużyteczne. Podsumowanie, bilans, trzeźwa ocena obecnej sytuacji. Remanent. Za oknem panowie pakują rusztowania...Zawsze i wszędzie każde działanie ma swój początek i swój kres. Taki jest naturalny bieg rzeczy. I dobrze, że tak jest. Jakaś wesołość mnie ogarnia na myśl o Nowym. Jak będzie? Co będzie? Dzisiaj dostałam telefon z propozycją pracy. Przyjęłam propozycję bez entuzjazmu - raczej z lękiem, że nie podołam. Poczułam się jak Piszczek, który otrzymał w trakcie urlopu telefon, że zagra na euro 2008. Wyrwany z piasku i słońca na zieloną murawę. Zerwany do boju. Nie gotowy. Przyjechał, zobaczył, nie zwyciężył ale był. Przeżył. Doświadczył. Z godziny na godzinę uśmiecham się szerzej. Bramy sezamu stoją przede mną otworem. Mogę zobaczyć co jest za drzwiami. Czuję przyjemny dreszcz...
Fotografia. Magiczne klik. Pstryk. Trach. Bum. Plum. Ciach. Opowieść o chwili. Bezcenna. Jeden moment. Ta chwila. To. Utrwalone w bezruchu. Umartwione. Bo ruchome obrazy to kino. 24 klatki na sekundę. A ruch to życie. Mężczyzna na zdjęciu. Nieznajomy brunet. Stoi w oknie. W zielonym podkoszulku, w prawej ręce trzyma czapkę.Pociąg pomarańczowy. W szybie odbicie - a na nim latarnia - betonowa, prążkowana. Zielone drzewa. I mały jakby domek z dwoma okienkami. Kim jest ten chłopak zwrócony twarzą w lewą stroną? Wpatrzony w dal? Przed siebie patrzy czy za siebie? Kim jest? Co myśli? Jak myśli? Czy jest człowiekiem szczęśliwym? Dokąd zmierza? Dokąd wraca? W tym oknie otwartym zamknięty prętami niczym w więzieniu. Co to za pręty? Skąd się tam wzięły? Co to za pociąg? A kto posadził te drzewa? Jak one się zwą? A czy to domek mieszkalny? Jeśli zamieszkały to do kogo należy? Kto w nim mieszka? Czy są w nim dzieci? I czy można mieszkać tak blisko torów kolejowych? Może to domek dworcowy? Siedzą w nim pracownicy stacji, na której zatrzymał się pociąg? Pani z kartoflem w ustach zapowiada pociągi po angielsku? Niemiecku? Polsku? Włosku? A może francusku? Jaki charakter ma ten domek? Co robi ten mężczyzna w chwilach wolnych? Kibicuje drużynie piłki nożnej czy woli siatkówkę? A może tenisa? Czy lubi sport? Czy jest zakochany? Czy ma dziewczynę? Jaki jest jego dom? Skąd pochodzi? Czy wierzy w Boga? Modli się i spowiada z grzechów by w niedzielę podczas mszy przyjąć Ciało Chrystusa? Czy wie kim będzie za pięć, dziesięć czy trzydzieści lat? Czy lubi podróżować pociągiem? I dlaczego do cholery stoi w tym oknie? Na co patrzy? Na co czeka? Jak na imię ma? Tysiące pytań bez odpowiedzi. Podeszłam i zrobiłam zdjęcie. Pozwolił. Uśmiechnął się. Speszył. Odwrócił twarz. Poczuł obiektyw wycelowany w twarz. Poczuł się aktorem, modelem, super bohaterem...Dziękuję Panu Nieznajomemu za to zdjęcie. Za pozwolenie na utrwalenie tamtej chwili. Dziękuję wszystkim, którzy pozwalają się do siebie zbliżyć, zmniejszyć odległość. Zapisać się w pamięci. Na lata. Na fotografii. Fotografia jest jak dobre wino - im starsza tym ma większą wartość. Pięć bezsennych nocy zbiera swoje żniwo. Jestem żywym trupem. Prawa, lewa, prawa, lewa, powłóczę ledwo nogami, prawa, lewa, prawa, lewa, uginam nogi w kolanach...i marzę o łóżku na kółkach. Co by mnie przez to życie przewiozło w pozycji leżącej. To pozycja spoczynku. A właśnie odpoczynku mi trzeba teraz najbardziej....Chcę wypocząć...Spać, spać, spać się chce, oj chce.
Uważam, że reżyser musi sam psychicznie oddziaływać na całą ekipę poprzez wiedzę, charyzmę i jakość. Motywacja do wysiłków, do koncentracji, do zwycięstwa. Cel - poprawa pozycji społecznej i kasa. Przeskoczyć samego siebie. W chwili startu wykorzystać w optymalny sposób swoje możliwości i osiągnąć przewagę nad rywalami. Nauczyć się odpowiednio reagować w różnych sytuacjach. Być elastycznym. Mieć pomysł na własne życie. Nauczyć się w sposób dojrzały żyć z niepowodzeniami. Trzeba mieć Kop-a: koncentrację, opanowanie i pewność siebie, żeby móc funkcjonować prawidłowo w sytuacjach, jakie stawia życie. Pracować z ciałem, nauczyć się świadomości napięć mięśniowych – gdzie gromadzi się napięcie. Prowadzić dzienniczek samokontroli umysłowej. Programować cele. Stosować techniki służące podnoszeniu samooceny i tworzeniu pozytywnego obrazu siebie. Wykształcić umiejętność szybkiej i wolnej relaksacji. Kontrolować postępy pracy i szukać błędów i niedociągnięć. I je poprawiać. Nieustannie. Samoocena i poczucie własnej wartości są bardzo ważne dla reżysera. Deklaracje pełne wiary i optymizmu, zapewnienia o dołożeniu wszelkich starań mają dobry wpływ na budowanie postawy i dyspozycji startowej. SKUP SIĘ NA DOBRYM WYKONANIU CZYNNOŚCI, PRACY niż na sukcesie za wszelką cenę. UWIERZ WE WŁASNE MOŻLIWOŚCI. Bez koncentracji sukces jest niemożliwy. NAJWAŻNIEJSZA JEST KONCENTRACJA – nie na własnych stanach emocjonalnych KASIU – ani na tym, z jakim przeciwnikiem walczymy – ale na SAMEJ CZYNNOŚCI WALKI/ SAMYM REŻYSEROWANIU – CO I JAK SKUPIĆ się TRZEBA BYĆ TU I TERAZ, SKUPIĆ SIĘ NA TYM, CO MAMY ZROBIĆ. Techniki wizualizacji sprzyjają lepszemu przyswojeniu materiału i opanowaniu czynności. Samo wyobrażenie czynności powoduje, że do mięśni płyną dokładnie takie impulsy nerwowe, jakbyśmy tę czynność rzeczywiście wykonywali. Im więcej zaangażujemy w to zmysłów, tym lepiej: ważne jest czucie kinestetyczne ( umiejętność zarządzania własnym ciałem w przestrzeni, myślenie doznaniami) wzrok, słuch nawet zapach. Wymaga to koncentracji i wyobraźni. MEDYTACJA – zjednoczenie umysłu z ciałem. Najważniejszym celem jest zjednoczenie umysłu i ciała w stanie – flow – przepływu, bo wtedy najłatwiej odnaleźć swoją „sferę szczytowych osiągnięć” – zone of peak performance i działać jak natchniony. Umiejętność przywoływania pozytywnych uczuć na planie. Każdy dąży do nieustannej poprawy. Nasze cele powinny wybijać się przed naszymi problemami. Nasze cele muszą stać się przynajmniej równie konkretne jak nasze problemy – znacznie atrakcyjniejsze. ODPORNOŚĆ NA PORAŻKĘ, PRZEGRANĄ i TRUDNOŚCI – RADZENIE SOBIE ZE STRESEM. Motywacja i wkład pracy i konkretne rezultaty są nagradzane. WIARA W SIEBIE i UMIEJĘTNOŚĆ KONCENTRACJI oraz UMIEJĘTNOŚĆ WYOBRAŻENIA SOBIE FINAŁU SWOJEGO DZIAŁANIA. WYCIĄGANIE NAUKI ZE SWOICH BŁĘDÓW i PORAŻEK. PORAŻKA JEST NIEUNIKNIONA. KAŻDY CZŁOWIEK PROWADZI MONOLOG WEWNĘTRZNY. Rozmawia ze sobą, wyjaśniając sobie co dzieje się z nim i ze światem. Tłumaczy przyczyny sukcesów i porażek, tworzy motywację do działań, radzi sobie z trudnościami i sukcesami w swoim życiu. Od monologu wewnętrznego zależy nasz optymizm i sposób radzenia sobie ze stresem oraz trudnościami. Indywidualny styl wyjaśniania niepowodzeń...Ważny jest system wartości człowieka zaangażowanego w reżyserię. Ważne, by mieć filozofię tego, co się robi. Umieć nadać sens porażce, której doznamy i wykorzystać ją do budowania motywacji do dalszego działania. Moje funkcjonowanie i myślenie nie ogranicza się do jednej roli życiowej: reżysera, interpretuje klęski i sukcesy w kontekście swojej egzystencji i staje się samodzielnym, myślącym człowiekiem, który dojrzewa dzięki doświadczeniu. Bez radości jaką daje trening – ćwiczenia, nie można osiągnąć mistrzostwa. Ekipa z charakterem: O sukcesie zespołu decydują trzy składniki: 1. stochastyczny czyli szczęście, postawa nastawiona na sukces, silna motywacja i optymizm, pozwala łatwiej pokonywać trudne sytuacje i lepiej wykorzystywać nadarzające się okazje – zwiększamy swój fart 2. Technika, umiejętności. 3. Koncentracja, odporność na stres, umiejętność kierowania i liderowania zespołowi, współpraca w zespole, dobra komunikacja. SZTUKA ZARZĄDZANIA. Sukces jest konsekwencją ambicji, profesjonalizmu, wiedzy i wiary w siebie. Jeśli ktoś w życiu trzyma się tych pryncypiów, mało co będzie w stanie odebrać mu osiągnięcie celu, który sobie wyznaczył. Jestem pracowita, komunikatywna, stawiam jasno reguły i daje szanse wszystkim, którzy na to zasługują, akcentuję prace zespołową i sprawiedliwość. Jak ocenić członków ekipy? Indywidualnie – informacja zwrotna, rozsądny poziom kontroli, ocena. Każdy z nich musi czuć się członkiem ekipy. Espirit de corps – duma z przynależności grupowej. Jak należy traktować członków ekipy? Równo i sprawiedliwie. Jaki główny motyw musi tkwić u podłoża ich wysiłków? Muszą się bawić – bez radości, jaką przynosi praca nie można osiągnąć najwyższego poziomu bez względu na to, czy leci się w kosmos, czy ugania za piłką. Członkowie ekipy są traktowani jako eksperci w swojej dziedzinie. Wszystkie dobre rady są już na świecie, wystarczy je tylko stosować. I być w tym konsekwentnym.
Zdycham. Padam. Spać się chce. Nie zdążyłam przed północą. W ogóle nie zdążam bo nie nadążam. Gazety kartkuje. Książki czytuję. Telewizji nie chce mi się oglądać no chyba, że mecz. Meczę więc sobie. Dzień to był absurdalny. Kartonowo pakowalny. Cztery Regały wyjechały. Zacznijmy od tego, że kiepsko spałam. Powiedz coś wesołego. W E S O Ł E G O. Powiedział do mnie Mariusz. Ale zacznę od tego, że obudziłam się o 5 bez ukochanego. W nocy pomknął do miasta naszego bo właśnie się przenosimy ze starego do nowego. Choć dla mnie to z nowego do starego. Anyway. Rano więc spałam kiepsko. No w końcu gdy wstałam to nie wiedziałam czego się złapać. Schwyciłam się parapetu bo zakręciło mi się w głowie od nikotyny. Trucizna. No i tak truć poczęłam się do teraz. Książki moje ukochane knigi, libri, ex-libris. Pojechały. W ilości niemożliwej. Wadze nieprzeciętnej. To wszystko jest jakieś takie mało w życiu sprawiedliwe. Kobiety dźwigają ciężary. Mężczyźni tańczą w sukniach na ciężarówkach. Kolorowa tęcza. Bob Dylan gra na koncercie rytm n' blues. Przeniosłam się w lata pięćdziesiąte i o mało nie zemdlałam. Zegarek Zbyszka stanął o 22.00 w chwili gdy koncert dobiegł końca. Koniec zegarka, Dylan już nie przyjedzie. Ale, ale...jak to było...Nie pamiętam. Dni mi się mylą - już sama nie wiem co było wtorkiem a co niedzielą. Stan skupienia. No więc...Nie pamiętam. Parada równości. Marsz marszałkowską. Spotkanie z Maciejem odwołane. Kawa z lodami. I koncert. Lody. Poranek pakowanie wyjazd ikea i w drogę. Wypakowanie. Płakanie. Mecz. Pijaństwo. Whisky i lemoniada z tequilą....do czwartej rozmowy poważne z Łukaszem. Jak ciężko mi tata riti. Teatr jest luksusem. Sen słaby, sny męczące, dzień....sens sen sens sen....Raz dwa trzy. Gdzie ja - tam ty. No więc galeryjka - a tam wsiąkłam na godzin cztery i piąta była jak prezent poczęła ci ja dla brata przygotowywać. Klęłam jak szewc przy tym bom nerwowa. A może nawet nad nerwowa. Dzieło powstało - gorzej z opakowaniem. Potem mieszkania oglądanie i ciche westchnienia. Kiedy? Kiedy wreszcie? Kiedy wreszcie skończy się remont?....Remont...Remont co, końca jego nie widać....A potem urodziny - 18 -te brat mego - jedynego - kochanego - Jakuba Wspaniałego. Przejażdżka Suzuki brata - autko dostał - tata rata...No i prezentów kupa, rodziny tez kupa, dużo kupy...fe...Herbatka i kawka i w drogę....Jazda, dwie godziny i pół. I inne już miasto. Miasto Twoje - trochę moje...Padaczka i sen...Rano... Co było rano? Jakaś zawierucha. Zbyszek pomknął ja pakowałam i pracę pisałam. Potem myk myk do Pani Ewy. Potem spacer - traffic i koszykowa. Książki, knigi, libri, ex-libris. Kawa z lodami. Kartonów poszukiwanie bezskuteczne. W końcu Pani Kasia. Apteka i dom. Pakowania dalszy ciąg. A potem próby zaśnięcia o przyzwoitej porze. Ranek już dziś - zawrót głowy. Regały cztery. Cztery regały Oli mi pomógł rozkręcić. A ja spakowałam z tych regałów książeńki. Tylko jeden regał się ostał a w sumie to dwa. Jeszcze nas czeka o lalala...Słów mi brak. Zwłaszcza, że kartonów brak a ciężarówa biała co rzeczy ma zwieść nadjeżdża rano w piątek jak 2+2 = 5. I nie ma mocnych. rzeczy spakować trzeba. Talerze, garnki, sztućce, pół chleba. Buty, ubrania, płaszcze i kurtki. Telewizory, głośniki. Cylindry i kapelusze. Obrazy, ramy - drukarki, ekspresy do kawy....Pościel, ręczniki i kosmetyki a także wiadra i odkurzacze....I w co? Improwizować nadszedł czas. Pomysł nadejdzie rano. Znikąd pomocy. Szukam kartonów. Kartony poproszę. Torby, walizy i inne takie. Ile to razy człowiek w swym życiu składa swe rzeczy by je rozkładać. Dyscyplina rzeczy posiadania. Królestwo w nas a nie w tym co mamy. Nie kupuję i myślę! O to co proponuję. Jestem królestwem. Królestwo jest moje. Niczego więcej nie potrzebuje. A laptop, a lampy a papier a pisma....a popielniczka i zapalniczka. Człowiek w sieci. Siedzi, narzeka i śmieci. Ech...pffff.....lipa....Acha a dzisiaj - oli, regały, pakowanie, dentystka, kartonowanie, sprzątanie, pranie, wieszanie, latanie, kawa, spotkanie 1. Potem longer i 522. Spotkanie 2. Powrót i telefony. Człowiek jest po prostu szalony. Szaleństwa panny Kasi. A czas leci, na nic nie zważa. Ledwo była północ już pierwsza minut osiemnaście. A jutro znowu ranek. I znowu zakrętka.
Jestem kobietą. Za mało czasu poświęcam tej kobiecie. Nie dbam o nią. Bagatelizuję jej moc. Czuję się męską kobietą. Mężczyzna dominuje nad kobietą we mnie. Moje męskie cechy i poziom testosteronu uciszają, tłamszą kobietę we mnie. Drwią z niej i lekceważą. Gardzą słabszą płcią. Jest we mnie jakieś chore przekonanie, wypracowane przez lata, utrwalone jak mantra. Uległam ojcu. Stereotypowi mężczyzny wodza, mężczyzny przewodnika, mężczyzny autorytetu, mężczyzny filozofa i mężczyzny reżysera. W świecie mężczyzn - przygoda, jego życie ma wartość. Kobieta - broszka. Winna leżeć i pachnieć. Do niej powraca wojownik. Do piersi tuli, pociesza. Uwodzi, zabawia, troszczy. Jego reprezentuje. Jemu przynosi chlubę. Jemu świeci. Jemu usługuje. Jest - dla niego. Wówczas - on dla niej. Wojownik i wojowniczka rywalizują ze sobą, o to samo trofeum. A kobieta we mnie domaga się akceptacji, szacunku. Pragnie być zauważona, doceniona i kochana. Chce czerpać z Tego siłę i satysfakcję.
Kim jesteś?
Nie mam dzieci. Czasem mnie to martwi. Nie mogę znaleźć sobie miejsca. Czasem mnie to wkurza. Czasem śmieszy. Czasem smuci. A czasem znów cieszy. Zwłaszcza późnym wieczorem. Gdy wszyscy już śpią. Dzisiaj nie wiem co czuję. Drżę cichutko. Szumie jak spokojne morze. Nucę kołysankę do snu. Patrzę w gwiazdy. Szukam odpowiedzi na trudne pytania. Gdzie jest moja mama? Gdzie ona jest? Odczuwam ból. Czuję go w brzuchu ale zaczyna się w mózgu. Czy przyjdziesz tutaj teraz do mnie? Czy nadejdziesz? Zjawisz się niespodzianie. Rach, ciach i po bólu. Nie bądź mną – nie bądź taka jak ja – moje drogie dziecko. Nie mam Cię. Wymyślam Cię. Jesteś chłopcem. Dużym chłopcem. Masz 17 lat jak mój brat. Prawie 18. Jesteś wysokim blondynem. Pięknie się uśmiechasz. Dużo ćwiczysz. Mieszkamy w domu nad morzem. Wiecznie ciepłym, przyjemnym. Twoja skóra – opalona, napięta, gotowa do miłości. Przyszedłeś i już ode mnie odchodzisz. Do niej idziesz. Ukochałeś ją sobie. Ona Cię wybrała. Pytasz czy mi się podoba? Nie wiem synku. Jest niebrzydka, inteligentna, oczytana. Ma słodkie piegi na nosie i burzę rudych włosów. Najbardziej lubisz owijać się jej włosami w nocy gdy cisza i mrok zapada. A pamiętasz synku. Jak się rodziłeś to ja nie płakałam. Nie krzyczałam z bólu jak inne kobiety. Wstydziłam się krzyczeć. Czułam, że nie wypada mi. A może po prostu byłam inne niż wszystkie. Chciałam taka być. Zawsze z boku. W ciszy spoglądałam na innych. I w kałuży widziałam cały świat. Nie byłam hippiską kochanie. Rocka słuchałam umiarkowanie. Jazz, punk – to była nasza muzyka. I poezja. Ale najbardziej kochałam klasykę. Wiem, że to dziwaczne. Ale filharmonia była moim drugim domem - chociaż nie potrafię grać na skrzypcach, kontrabasie czy choćby wiolonczeli. Nie śpiewam. Tańczę. Przetańczyłam całe moje życie. Dziś już nie tańczę. Nie potrafię. Ciało nie to i umysł nie ten. Wszystko jest tam synku. Dbaj o swoją wrażliwą głowę – duszę – serce. Dlaczego nie tańczę? Kiedyś wychodziłam pierwsza na parkiet i poddawałam się dźwiękom – obojętnie czy był to trans, drum n bass, hip – hop czy disco. Czułam duszą każdą melodię, każdy instrument, każdy takt, każdą nutkę. Nie zastanawiałam się co inni powiedzą. No wiesz, po prostu nie kontrolowałam się w tym co robiłam. Można by rzec, że byłam sobą. Pamiętam dzień, w którym poznałam twojego tatę. Tego dnia, uwierz mi, że mówię szczerze, wiedziałam już wszystko o nas, nawet o Tobie. Ile miałam lat? 19. Pracowałam na ulicy. To nie to, co myślisz. Spacerowałam najdłuższą ulicą w Europie – w tę i z powrotem. Do przodu i do tyłu. Od początku do końca. Rozdawałyśmy ulotki. Nie śmiej się. Żadna praca nie hańbi. Tak mówią. Mnie też to śmieszy zwłaszcza, że ubrano nas w firmowe ciuchy i byłyśmy żywą reklamą. Nie to nie był żaden pomidor ani proszek do prania. Zwykłe ciuchy. Miałam na sobie tego dnia takie krótkie do kolana, obcisłe getry w kolorze piasku. Granatową bluzeczkę we wzorki z kapturem. Ostry makijaż. I włosy jakbym wyszła z jeziora. Zielone, wzburzone. Kompletny kosmos. I jeszcze miałyśmy doczepione w ramach reklamy takie olbrzymie metki – z nazwą firmy. Obłęd. W przerwie pobiegłam na przesłuchanie do teatru. Nie miałam zbyt wiele czasu. Poprosiłam więc mojego pracodawcę, by zostawił mi moje ubrania w portierni teatru. Chciałam się przebrać przed spotkaniem. Ubrań nie było. Czas się kurczył. A przesłuchanie to przesłuchanie. Nie można się spóźnić. W ogóle spóźnianie nie jest czymś przyjemnym. Weszłam do teatru w tym przebraniu. Jak Cię widzą, tak Cię piszą. Tego dnia wzięto mnie za wariatkę. Nikt tak się nie ubiera. A już na pewno nie tancerka. Nie miałam wyjścia. To znaczy miałam – mogłam zrezygnować i pewno gdybym posiadała umysł, który posiadam dzisiaj w życiu bym się na taki krok nie zdecydowała. Ale wtedy nie brakowało mi odwagi. Odwaga w ogóle synku jest niezbędna w każdym działaniu. Trzeba mieć odwagę kochanie by być sobą. Wzięcie odpowiedzialności za siebie i dokonywanie świadomych wyborów w życiu to naprawdę ważna decyzja. Trzeba zdobyć to, czego się chce samemu. A to wymaga odwagi. Weszłam do teatru i się nie pomyliłam. Wzięto mnie za świra. Tak kochanie, to jest pewne, twoja mama chora była od urodzenia. Strasznie mi przykro z tego powodu. Choroba niczym spóźnianie jest nieprzyjemna. Miłujemy ludzi zdrowych – pozostałych jedynie tolerujemy a i to może okazać się przesadą. Nie mam zbyt wielu wspomnień, bo te które mam są nieprzyjemne. Moja choroba jest wielkim s(h)item, które z rzeczywistości wyłapuje wyłącznie mroczne doznania. Na mój widok w bufecie gwar umilkł. Taki filtr. Takie to było wejście. Usiadłam na ławce przed bufetem. Cichutko jak gdybym nie zdawała sobie sprawy, że mój ubiór, makijaż i fryzura są co najmniej dziwne. By nie powiedzieć dziwaczne. Aktorzy wrócili po chwili do rozmów. Odetchnęłam z ulgą. Po chwili zjawiła się asystentka reżysera. Ujrzałam przerażenie w jej oczach. Przedstawiłam się i uspokoiłam, że nie jestem wariatką. Nie ubieram się tak na co dzień. Po chwili przyszła Pani Choreograf i także zdębiała na mój widok. Asystent wytłumaczyła mnie. Poszłyśmy na scenę. Zdjęłam olbrzymie koturny. Weszłam boso na scenę. Zatańczyłam. Panie podziękowały mi. Podszedł do mnie Pan Reżyser. Spojrzał, uśmiechnął się i rzekł:- „No włosy jak nimfa już ma.” I tak to się wszystko zaczęło. Następnego dnia rozpoczęłam próby. Przysięgam Ci, że tego dnia wiedziałam już wszystko o nas, a nawet o Tobie. Pokochałam Twojego ojca. I ta miłość wzrastała we mnie z dnia na dzień i wzrasta po dziś dzień. Ludzki umysł to jest taki maleńki domek, do którego małpki wpadają na banany. Wszyscy biegają wokół. Nie mają dokąd pójść. Poszukują kogoś. Kogoś do kochania. Ale nie mają nic im do podarowania. I ja chcę naprawdę dowiedzieć się dlaczego? Dlaczego? Musi być jakaś droga by wyjaśnić dlaczego gwiazdy świecą? Postanowiłam wybrać się na przejażdżkę moim małym samochodzikiem. Wzlecę nim niczym ptak w niebo. Poszybuję. Wysoko, wyżej, jeszcze wyżej. Do gwiazd. Do domu. Gdzie wszyscy się śmieją do siebie. Jestem szczęśliwa. Stoję w samych majtkach i dziękuję mojemu mężowi za kanapki i kawę. Jeśli chcesz zobaczyć mnie uśmiechniętą - wpadnij na chwilę i zostań na moment.
Głowa mnie boli. Zdycham. Pękam. Krzyczę. Ból głowy przypomina mi o tym, jak piękne jest życie bez bólu głowy. Nie myśli mi się dzisiaj. Nie czuję mi się dzisiaj. Spać, tylko spać się chce. Nic poza tym. Znalazłam wczoraj swoje własne odbicie na kartach "księgi niepokoju" F.P. pisanej przez Bernarda Soaresa. Człowiek o wielu twarzach. Przeglądam się w jego myślach, emocjach i miejscach, barwach i dźwiękach. Czuję go tak, że aż mnie przeraża. Jakbym znalazła kogoś, kto wypowiada się za mnie, w moim imieniu. A przecież on wypowiadał się za siebie i w czasach już dla mnie odległych. 1931 to nie 2008. A jednak. Wciąż to samo. Staw. Woda stoi. Brak ruchu. Śmierć. Każdy w średniowieczu i Obcy współcześnie. Upadek. Katastrofa. Ameryka uśmiechem próbuję wyleczyć ze smutku, frustracji, agresji miliony mieszkańców. Północ - Południe. Walka wciąż trwa. Czarny - Biały. A teraz i Żółty. Ropa naftowa. Rurociąg. Gaz. Partnerzy - Wrodzy. Austria sprawdza paszporty, dowody na wszelki wypadek, na czas euro. Lęk. Obawa. Kibice. Kibuc. Komuna. Okrągła, skórzana, bezlitośnie skopana - piłka. Zbieramy punkty na stacjach Orlen. Za ileś tam nalepek - jakaś tam piłka gratis. Kocham piłkę nożną. W każdej postaci. Kocham naszych chłopaków. Cierpię z powodu kontuzji Błaszczykowskiego. I współczuję kolegom. Ilekroć patrzę na nich biegających, biało - czerwonych po zielonym przez dwie połowy i wypięte pośladki Boruca, raz z lewej, raz z prawej strony w wyobraźni usuwam z boiska piłkę i przyglądam się chłopakom tym bardziej, z namysłem - jak oni pięknie biegają w poszukiwaniu sensu i celu. Siedzę w swetrze i w bluzie, kaptur na głowie - dłonie mam lodowate. Zdycham z bólu, głodu i zimna. Na zewnątrz lato a wewnątrz zima. Od samego wychodzenia i wchodzenia można się pochorować. Idę na słońce. Bez swetra i bez bluzy i bez kaptura. Z książką pokrążyć gdzieś po parkach i po ulicach. Smoczyca dostała srebrnego smoka. Taka z niej sroka.
RADOŚĆ. Uśmiech. Ulga. Podziw. Spokój. Ufność. Lekkość. Sympatia. Zachwyt. Wesołość. Pożądanie. Fascynacja. Satysfakcja. Przyjemność. Serdeczność. Zadowolenie. Pogoda ducha.
"W życiu szukamy szczęścia. Jak powiedział Dalajlama, jest to niezaprzeczalny fakt. Jeżeli dokonując życiowych wyborów, będziemy o tym pamiętać, łatwiej nam będzie porzucić działania, które w końcu i tak stałyby się źródłem cierpienia, nawet jeśli związane są z doświadczeniem chwilowej przyjemności. Przyczyna, dla której zazwyczaj tak trudno jest " po prostu powiedzieć nie", zawarta jest w słowie "nie" - wiąże się ono bowiem z porzuceniem, z odmówieniem sobie czegoś.
Katharsis. Okazuje się, że uczucie trwogi jest dostępne nie tylko w teatrze ale i być może obecnie, jedynie, u psychologa czy jak wolicie psychoterapeuty. Gdyby usunąć ze słowa PSYCHOTERAPEUTA litery EU, następnie zamienić pierwsze E na A oraz ostatnie A na Y otrzymamy PSYCHOTARAPATY. Tak chyba się właśnie czuję. Chodzę do psychotarapaty i uczestniczę w psychotarapatach. Opowiadam o psychotarapatach każdemu napotkanemu człowiekowi, który nie zgodził się (jeszcze) wewnętrznie na owe zmagania z psychotarapatami. Do skuteczności wizyt u psychotarapatów nie zamierzam nikogo przekonywać. To po prostu działa. Pomaga. Zmienia zachowania, co jak wiemy, nie należy do zadań ani przyjemnych ani łatwych. Najchętniej więc odrzucamy to, czego się boimy i tkwimy w miejscu, kręcąc kółka wiecznego powrotu zgodnie z naturalnym cyklem zmian pór roku. Oszukujemy się, że idziemy przodem do przodu, pokonujemy trudności, nie pamiętamy i nie rozpamiętujemy przeszłości. Nie myślimy o przyszłości na wszelki wypadek, a jeśli już zdecydujemy się to zrobić to wówczas, projektujemy różnego rodzaju katastrofy aby dokarmić nasze własne lęki, które jak każde żywe istnienie zdycha bez pokarmu i umiera z pragnienia. Lęki nas kochają za karmę strawną. Nie lubią zaś sloganów z amerykańskich gazet. Protestują. Słyszę ich krzyki donośne - Żadnego bullshitu! Nie chcemy Keep smiling! I'm good. Bunt na pokładzie. Spryciarze. Pasożyty. Doskonale czerpią ze swojego żywiciela wszystko, czego im trzeba. Spróbuj powiedzieć "nie" i obserwuj w spokoju jak skręcają ci najpierw kiszki, potem serce a na końcu zwoje mózgowe. Ziemia drży. Wszystko jest w jądrze. Jądro jest wszystkim. Tam ja, Tam ty. My tam. Ziemia drży. Trzęsienia ziemi wynikiem niezgody na dalsze, takie właśnie, postępowanie. Niszczenie. Synonim człowieka. Co Bóg stworzył, człowiek zniszczyć może. Zamiast nie sięgać po owoc - po ten właśnie owoc sięgnął. I skończył się raj. Proszę państwa i takie są właśnie, konsekwencje naszych pragnień i głodu naszych lęków. No bo chyba nasi rodzice bali się choć odrobinę zakazu. Chcieli przekroczyć granicę z ciekawości? Poczuć, że poza rajem jest jeszcze piekło? Lekcje nie odrobione. Płomienie gorące. Lepka lawa. Popiół pokrywa bez dzielenia na dobrych i złych. Popiół - marność nasza nad marnościami, marność. Mądre głowy mówiły, ostrzegały - słów mądrych nauk nie brakuje - czego więc brak odczuwamy? Co jest z tą pustką? Przebój z dzieciństwa - "...stoisz na ulicy z nią, twarzą w twarz, szeptem mówię mała patrz cywilizowany świat potem obejmuje ją...wolno płynie czas...ta da dam ta da ta dam..." Magnetofon szpulowy - absolutny rarytas. Za oknem robotnicy - śpiewają. Wspomnienia. Serce rytmicznie tyka. Pamięć dźwięków i obrazów. Siła słowa i muzyki. Muzyka jest absolutem - w niej trudno o ściemę - czarno na białym widać umiejętności. Selekcja jest błyskawiczna. Ma głos albo nie ma głosu. Kropka. Potrafi grać na instrumentach albo nie potrafi. Kropka. Jasne kryteria. Ludzie nam są potrzebne jasne kryteria i punkt odniesienia - ja. Kontakt ze sobą samym jest podstawowym kryterium istnienia w świecie. Kto nie ma siebie temu biada i bieda. Pustka ażurowa. Pustka pustakowa. Czytam sobie. Dzień mija. Na zewnątrz ciepło - wewnątrz lodowato. Czas płynie. Uważnie rejestruje każdą chwilę. Przyglądam się aktorce, ślicznej. Z nogą w gipsie, z trudem skacze do kawiarni, na spotkanie. Pan z bujną czupryną kręconych loków z panią w okularach i bluzce w paski. Ahoj marynarze! Aleją gwiazd płyniemy! Pan kelner i Pani kelnerka kosmitka. Włosy im stoją jak czułki. Ludzie w pracy pogrążeni. A ja pogrążona w literach, wodzę od słowa do słowa. Analizuje sensy, chwytam prawdę. Rozmyślam. Wzdycham. Sprzeciwiam się i buntuje. Ciemno, zimno, załamanie pogody nadchodzi. Czuję to w kościach a przecież mam dopiero 28 lat. A może już mam 28 lat. Może dlatego. I co z tego? I nic z tego. Strona 59 pachnie zakurzoną deską, na której wieczorem, zazwyczaj o 19.00 w świetle punktowym, jasnym, z mroku wyłania się postać. Porusza się, wykonuje gesty i mówi prozą lub wierszem. Dialog rozpoczyna z nieokreśloną osobą w liczbie zazwyczaj 100, 80 lub 200. I to jest i była, kiedyś i dziś - najlepsza z możliwych rozrywek - trwoga - spotkania ze sobą, w teatrze, w ciemności, w ciszy umiłowanej i świętej. 
Zmęczenie mnie dopada. Senność ogarnia. Kaptur na głowie. Trudny dzień. Ważny dzień. Konstruktywny dzień. Kawa mrożona z lodami razy dwa. Lemoniada. Pierogi z mięsem i masłem. Herbata zielona. Paczka fajek. Pani Ewa...Ach Pani Ewa...Sklep z Tanią Odzieżą. Dziki tłum kobiet napierających na ciuchy. Wieszaki na szyi, ramionach, i w zębach. Obłęd. Upał. Skwar. A w mieszkaniu - piwnica. Wino to lubi. Zakupy obowiązkowe. Litery, zdania, słowa. A zatem 4 maleńkie cudeńka na półce pląsają. Z kolegami witają. Od wrogów twarze swe odwracają. Podróże od człowieka do człowieka. Przez imiona. Przez nazwiska. Określenia. Gatunki. Wydania. Okładki twarde i miękkie. Duże i małe. Grube i chude. Wreszcie i przede wszystkim - Moje.