Raz, dwa, trzy: Uczciwość, życzliwość, szacunek.No, to sen się spełnił. Śniło mi się dzisiaj, że siedzę ze Zbyszkiem w pokoju. Jestem zdenerwowana i zła. Nie znam powodu ale czuję, że mam dość. Jest wieczór, zimno, ciemno i zbiera się na burzę. Słychać grzmoty, od czasu do czasu znajomy błysk! Prawie jak podczas sesji zdjęciowej gdy fotograf naciska spust migawki i kradnie ci duszę. Błysk! I już! Podchodzę do okna. Staje w tym oknie, tego pokoju, co to, we śnie, nie jest naszym pokojem - to wiem - jesteśmy w nim tymczasowo. Jesteśmy, to znaczy mieszkamy w nim. Taki pokój na chwilę, wynajęty na jakiś czas. Nic pewnego, żadnej stałości.
Po prostu nora. Ciemno, zimno, brudno i śmierdzi. Za oknem też nie halo - też zimno i do tego ta burza. Błysk. Grafoman przy stoliku dębowym zasiadł do klawiatury i stuka rytmicznie, jakby szukał w tym jakiejś melodii. Siedzi w równie ciemnym, zimnym, brudnym i śmierdzącym pokoju jak nasz. Tyle, że on ma tę klawiaturę i małą lampkę w kształcie grzybka i ten piękny dębowy stolik wart więcej niż te dwa pokoje wzięte razem. I ja - czuję, że on nas obserwuje. On widzi moją złość i jest cichym świadkiem tego, co za chwilę się zdarzy. Bo coś się zdarzy jak dwa razy dwa. Ja, Zbyszek i ten grafoman w pokoju obok. Nie ma szans. Stoję w oknie, patrzę na swoją pięść, która zaciska się i czym prędzej ładuję ją w szybę. Błysk! Trach! Szyba rozpada się na kawałki. Szkło rani moją dłoń. Krew sączy się z rany i skapuje na podłogę. Kap, kap, kap. Zbyszek krzyczy na mnie - "Kaśka, nie dość, że nie mamy pieniędzy to ty jeszcze wybijasz szybę i kaleczysz sobie rękę" "To nic" - odpowiadam drżącym głosem. " Zagoi się". Błysk! Grafoman uderza rytmicznie w klawiaturę. Zbyszek kawałkiem szmaty opatruje mi ranę. Błysk! Znajduje jakieś kartki formatu A4 i próbuję nimi zakleić dziurę w tej szybie, co ją przed chwilą zbiłam, ładując na ślepo w nią, swą ściśnięta w pięść dłoń. Ale gdy tylko kartka dotyka powierzchni szyby, zaczyna płonąć, jakby w nią piorun uderzył albo co. Powtarzam czynność, kartki wciąż płoną jakby smagane językiem ognia, jakby diabeł uderzał w nie, niczym z bicza, swoim ogonem. Jakby iluzjonista nasączył je płynem, który wyzwala samozapłon. Płoną kartki. Wszystko płonie. Zbyszek próbuje mi pomóc ale jego kartki też płoną. Burza szaleje i wszystko zaczyna wirować. Ten dom i ten pokój i my. I znowu błysk! I koniec.
Czy zdarzyło się Wam kiedyś dokonać bezsensownych zakupów? Kupić coś w ciemno. Kota w worku. Ja jestem w tym całkiem dobra - mam taką słabość - wydaje namiętnie bajońskie sumy na kompletnie nieużyteczne przedmioty a przede wszystkim - książki - które później dźwigam równie namiętnie ze sobą gdziekolwiek się nie wybiorę. Plecy mnie bolą, głowa mnie boli - dusza wyje. A era przypomina, że rachunek nie zapłacony a nowy już wystawiony i kółko się kręci. Znacie to? Błędne, obłędne koło? Wyhodowałam chomika i kręcę się w kole jak on. Tyle że on zdaje się mieć z tego frajdę. Z resztą chomiki to oddzielny temat, na inną opowieść...
Teraz słucham płyty, co ją sobie dziś zakupiłam za 7 zł w jednym z przecudownych ciuchlandów, lumpexów albo sklepów z używaną odzieżą jak wolicie. Płyta była w okładce. Jak to zazwyczaj płyta. I to okładka właśnie winna temu wszystkiemu. Wysoki sądzie, to ona mnie skusiła. Na okładce twarz pięknej kobiety w dużym zbliżeniu, tak że widać jej spokojną, zamkniętą, zrelaksowaną powiekę, wyregulowaną brew i kawałek odprężonego, pięknego nosa, jakiego nie powstydziłaby się nawet Kate Moss. No i cerę też mam bajeczną jak to na zdjęciach. Niech żyje Photoshop!!!Na płycie są tylko trzy utwory. "Et kvarter pa oyet" Hon ar sa sot Bo Kaspers Orkester. Nic z tego nie rozumiem. To chyba po norwesku. Pierwszy utwór bardzo mi odpowiada - męski, dojrzały głos mówi coś, czego nie jestem kompletnie w stanie pojąć. Drugi - przez chwilę ten sam pan, coś mówi a potem cisza, kompletna cisza. W końcu trzeci - i w końcu jakaś kompozycja, instrumenty i znowu męski głos tym razem łagodny. Smooth jazz. Ładny kawałek. I koniec. Po ptokach. Kupiłam jeszcze jedną płytę, też ze względu na okładkę, ale w tej chwili nie chcę mi się jej opisywać. I jeszcze książkę kupiłam - Andrewa Marra " My tade" a short story of british journalism. Leżeli tak sobie spokojnie w tym sklepie i uśmiechali się do mnie. Kup mnie, znajdź mnie i zabierz ze sobą. Będziemy Cię wspierać w twoim kryzysie. Nie jesteś odosobnionym przypadkiem. Takich jak ty jest tysiące, może miliony. Dwie płyty i książka. I teraz leżą tuż obok mnie. Milczą. W pokoju, co nie jest moim pokojem. Poszukam ich właścicieli w necie, zapoznam się bliżej. Napiję kawy i zasnę - niech żyje życie!!!
Po prostu nora. Ciemno, zimno, brudno i śmierdzi. Za oknem też nie halo - też zimno i do tego ta burza. Błysk. Grafoman przy stoliku dębowym zasiadł do klawiatury i stuka rytmicznie, jakby szukał w tym jakiejś melodii. Siedzi w równie ciemnym, zimnym, brudnym i śmierdzącym pokoju jak nasz. Tyle, że on ma tę klawiaturę i małą lampkę w kształcie grzybka i ten piękny dębowy stolik wart więcej niż te dwa pokoje wzięte razem. I ja - czuję, że on nas obserwuje. On widzi moją złość i jest cichym świadkiem tego, co za chwilę się zdarzy. Bo coś się zdarzy jak dwa razy dwa. Ja, Zbyszek i ten grafoman w pokoju obok. Nie ma szans. Stoję w oknie, patrzę na swoją pięść, która zaciska się i czym prędzej ładuję ją w szybę. Błysk! Trach! Szyba rozpada się na kawałki. Szkło rani moją dłoń. Krew sączy się z rany i skapuje na podłogę. Kap, kap, kap. Zbyszek krzyczy na mnie - "Kaśka, nie dość, że nie mamy pieniędzy to ty jeszcze wybijasz szybę i kaleczysz sobie rękę" "To nic" - odpowiadam drżącym głosem. " Zagoi się". Błysk! Grafoman uderza rytmicznie w klawiaturę. Zbyszek kawałkiem szmaty opatruje mi ranę. Błysk! Znajduje jakieś kartki formatu A4 i próbuję nimi zakleić dziurę w tej szybie, co ją przed chwilą zbiłam, ładując na ślepo w nią, swą ściśnięta w pięść dłoń. Ale gdy tylko kartka dotyka powierzchni szyby, zaczyna płonąć, jakby w nią piorun uderzył albo co. Powtarzam czynność, kartki wciąż płoną jakby smagane językiem ognia, jakby diabeł uderzał w nie, niczym z bicza, swoim ogonem. Jakby iluzjonista nasączył je płynem, który wyzwala samozapłon. Płoną kartki. Wszystko płonie. Zbyszek próbuje mi pomóc ale jego kartki też płoną. Burza szaleje i wszystko zaczyna wirować. Ten dom i ten pokój i my. I znowu błysk! I koniec.
Czy zdarzyło się Wam kiedyś dokonać bezsensownych zakupów? Kupić coś w ciemno. Kota w worku. Ja jestem w tym całkiem dobra - mam taką słabość - wydaje namiętnie bajońskie sumy na kompletnie nieużyteczne przedmioty a przede wszystkim - książki - które później dźwigam równie namiętnie ze sobą gdziekolwiek się nie wybiorę. Plecy mnie bolą, głowa mnie boli - dusza wyje. A era przypomina, że rachunek nie zapłacony a nowy już wystawiony i kółko się kręci. Znacie to? Błędne, obłędne koło? Wyhodowałam chomika i kręcę się w kole jak on. Tyle że on zdaje się mieć z tego frajdę. Z resztą chomiki to oddzielny temat, na inną opowieść...
Teraz słucham płyty, co ją sobie dziś zakupiłam za 7 zł w jednym z przecudownych ciuchlandów, lumpexów albo sklepów z używaną odzieżą jak wolicie. Płyta była w okładce. Jak to zazwyczaj płyta. I to okładka właśnie winna temu wszystkiemu. Wysoki sądzie, to ona mnie skusiła. Na okładce twarz pięknej kobiety w dużym zbliżeniu, tak że widać jej spokojną, zamkniętą, zrelaksowaną powiekę, wyregulowaną brew i kawałek odprężonego, pięknego nosa, jakiego nie powstydziłaby się nawet Kate Moss. No i cerę też mam bajeczną jak to na zdjęciach. Niech żyje Photoshop!!!Na płycie są tylko trzy utwory. "Et kvarter pa oyet" Hon ar sa sot Bo Kaspers Orkester. Nic z tego nie rozumiem. To chyba po norwesku. Pierwszy utwór bardzo mi odpowiada - męski, dojrzały głos mówi coś, czego nie jestem kompletnie w stanie pojąć. Drugi - przez chwilę ten sam pan, coś mówi a potem cisza, kompletna cisza. W końcu trzeci - i w końcu jakaś kompozycja, instrumenty i znowu męski głos tym razem łagodny. Smooth jazz. Ładny kawałek. I koniec. Po ptokach. Kupiłam jeszcze jedną płytę, też ze względu na okładkę, ale w tej chwili nie chcę mi się jej opisywać. I jeszcze książkę kupiłam - Andrewa Marra " My tade" a short story of british journalism. Leżeli tak sobie spokojnie w tym sklepie i uśmiechali się do mnie. Kup mnie, znajdź mnie i zabierz ze sobą. Będziemy Cię wspierać w twoim kryzysie. Nie jesteś odosobnionym przypadkiem. Takich jak ty jest tysiące, może miliony. Dwie płyty i książka. I teraz leżą tuż obok mnie. Milczą. W pokoju, co nie jest moim pokojem. Poszukam ich właścicieli w necie, zapoznam się bliżej. Napiję kawy i zasnę - niech żyje życie!!!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz